Czego brakuje użytkownikom KO w sieci?

Percepcja jest rzeczywistością, mawiał Lee Atwater, człowiek, który wiedział o wygrywaniu wyborów rzeczy, o których wyborca wolałyby nie wiedzieć. Zdanie to cytuje się zwykle jako cyniczną maksymę republikańskich spin doktorów, ale Atwater nie opisywał techniki. Opisywał ontologię polityki. W polityce nie istnieje fakt, który nie został opowiedziany. Istnieją tylko opowieści, które zdążyły, i opowieści, które się spóźniły.

Od gazet porannych do jednego przewinięcia kciukiem

Lee „BoogieMan” Atwater formułował swoje prawo w epoce, w której percepcję produkowały stacje telewizyjne i poranne gazety. Media społecznościowe nie unieważniły tego prawa, one je zradykalizowały. Algorytm nie jest cierpliwym redaktorem, jest maszyną do premiowania emocji, a polaryzacja nie jest już skutkiem ubocznym debaty, jest jej modelem biznesowym. Tam, gdzie Atwater miał dobę na ustawienie przekazu, dzisiejszy sztab ma czas jednego przewinięcia kciukiem. Opowieść, która nie zdąży przed pierwszą falą udostępnień, nie jest opowieścią spóźnioną. Jest opowieścią cudzą.

Polski rząd zdaje się wierzyć w porządek odwrotny. Wierzy, że najpierw jest rzeczywistość, a percepcja przyjdzie za nią jak cień za człowiekiem. Wystarczy działać słusznie, dokumenty opublikować, procedury zachować, a opinia publiczna prędzej czy później to doceni. Jest to wiara wzruszająca i politycznie samobójcza, bo zakłada istnienie instancji, która w sporze publicznym nie występuje czyli cierpliwego użytkownika, który zawiesza sąd do czasu zapoznania się z aktami. Taki użytkownik nie istnieje. Istnieje widz, który sąd wydaje w trzy sekundy i na podstawie tego, kto pierwszy nazwał rzecz po imieniu.

Ostanie kryzysy komunikacyjne wokół rzadu są podręcznikową ilustracją tej asymetrii. Jedna strona opowiada historię prostą jak cios. Druga strona odpowiada trybem dokonanym administracji czyli zleciliśmy, wyjaśnimy. Pierwsza opowieść ma bohatera, krzywdę i winnego. Druga ma dziennik podawczy i procedury. Nie trzeba badań, żeby przewidzieć, która wygra wieczorne przewijanie ekranu.

Dwie publiczności władzy

Ale prawdziwa stawka tego sporu nie leży w pojedynku z przeciwnikiem. Leży tam, gdzie rzadko kieruje się uwagę czyli we własnym obozie. Każda władza ma bowiem dwie publiczności. Pierwszą chce przekonać, drugą musi uzbroić. Ta druga to ludzie, którzy już uwierzyli i proszą jedynie o narzędzia, by wiary bronić, o jedno zdanie do powtórzenia przy stole, o powód do dumy zamiast powodu do spuszczania wzroku. Komunikacja, która mówi wyłącznie do przeciwników i arbitrów, a milczy do swoich, popełnia grzech cięższy niż nieskuteczność. Ona rozbraja własną armię w środku wojny.

Milczenie ma tu swoją fenomenologię. Zwolennik, któremu obóz nie dał języka, nie zmienia poglądów. On przestaje je wypowiadać. A w przestrzeni, w której percepcja jest rzeczywistością, pogląd niewypowiedziany nie istnieje. Algorytm dopisuje do tego własną karę, treść, której nikt nie udostępnia, przestaje być komukolwiek pokazywana, więc milczenie jednego zwolennika pomniejsza świat wszystkich pozostałych. Wystarczy kilka takich cykli, kilka kryzysów przemilczanych do własnej trybuny, by najliczniejszy nawet elektorat stał się niewidzialny, a niewidzialność, jak uczy każda kampania ostatniej dekady, jest w sieci nieodróżnialna od nieistnienia. Przeciwnik nie musi wtedy nikogo przekonywać. Wystarczy, że zagospodaruje ciszę, a w spolaryzowanej sieci cisza jednej strony nigdy nie jest pusta ale jest natychmiast zasiedlana przez drugą.

Fakty kontra opowieść

Rządy progresywnych liberałów mają zwykle lepsze fakty i gorsze opowieści, więc pocieszają się przekonaniem, że fakty są twardsze. Tymczasem w polityce twardość jest cechą narracji, nie zdarzeń, a era mediów społecznościowych skróciła jeszcze okres trwania faktu nieopowiedzianego do godzin. Zdarzenie można opisać procedurą, opowieści opisać procedurą się nie da. Opowieść można tylko przegrać albo opowiedzieć pierwszym. Kto odpowiada na cudzą historię dokumentem, procedurą ten przyznaje, że własnej nie ma.

Nie znaczy to, że prawda jest w tej grze zbędna. Znaczy to, że prawda niepodana jest politycznie tożsama z nieprawdą, a decyzja słuszna i nieopowiedziana pracuje dla tego, kto opowie ją pierwszy, na swoich warunkach i w swoim słowniku. Rząd, który to zrozumie, przestanie traktować komunikację jak opowieść post factum i zacznie traktować ją jak to, czym jest czyli przedłużeniem samej decyzji, jej drugą połowę, bez której pierwsza nie istnieje publicznie.

Wybór, przed którym stoi dziś obóz rządzący, jest więc prostszy, niż sugeruje większość publicystów czy analityków. Nie brzmi jak odeprzeć zarzuty. Brzmi do kogo w ogóle mówimy. Można dalej prowadzić jałową korespondencję z przeciwnikiem. Można też wreszcie odwrócić się do własnej widowni i dać jej to, na co czeka od dawna. Opowieść, w której nie musi się wstydzić własnych barw. Percepcja jest rzeczywistością.

Total
0
Share