Niniejsza analiza opiera się na 90 dniach ciągłego monitoringu, prowadzonego przez Data House Res Futura w ramach systemu ANUBIS od 11 marca do 24 maja 2026 roku. Skala materiału jest bezprecedensowa dla pojedynczego referendum lokalnego w Polsce: łącznie ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy wzmianek z mediów społecznościowych, portali informacyjnych i komentarzy, sklasyfikowanych pod kątem sentymentu, intencji politycznej i amplifikacji algorytmicznej. 90 pomiarów Indeksu Mobilizacji Referendalnej (IMR), uzupełnione dziennymi pomiarami sentymentu wobec prezydenta Krakowa, śledzeniem zasięgu narracji, mapowaniem amplifikatorów oraz analizą haseł wyszukiwanych.
Indeks Mobilizacji Referendalnej, autorska konstrukcja Res Futura, składa się z czterech komponentów o wadze dwudziestu pięciu punktów każdy: intensywności wezwań do udziału w referendum, tonu emocjonalnego dyskursu, aktywności liderów opinii oraz siły narracji delegitymizujących prezydenta. W trakcie monitoringu IMR przeszedł przez trzy charakterystyczne fazy: szczyt szoku inicjalnego (marzec-kwiecień, IMR 85), drastyczny spadek (do połowy kwietnia, IMR 55), wzrost mobilizacyjny (maj końcowy, IMR 84). Każdy z tych etapów zostawił mierzalny ślad w dyskursie, a różnica między fazą drugą i trzecią jest kluczem do zrozumienia, dlaczego prezydent Aleksander Miszalski przegrał referendum, którego mógł nie przegrać.
Dane uzupełniono o pełną metrykę interakcji, hashtagi, czasy publikacji oraz wskaźnik dystrybucji organicznej. Kampania prezydenta Miszalskiego prowadzona w skrajnie trudnych warunkach była prowadzona optymalnie i niemal wygrała, ale została podpalona od wewnątrz przez własny profil sojuszniczy.
Zasięg dyskursu mierzony był na trzech poziomach jednocześnie: lokalnym (Kraków i Małopolska), ogólnopolskim (mainstream medialny) oraz algorytmicznym (rekomendacje Google, Facebook i YouTube, TikTok).
Wszystkie liczby cytowane w niniejszej analizie pochodzą wyłącznie z opisanych źródeł monitoringu Res Futura. Niniejsza analiza jest jej syntezą charakterze interpretacyjnym.
POZIOM ZEROWY
Strefa Czystego Transportu, czyli krakowskie non possumus
Wszystkie kampanie referendalne mają swój punkt zapalny. W Krakowie był nim samochód.
Strefa Czystego Transportu została wprowadzona w Krakowie w lipcu 2025 roku, mniej więcej rok przed referendum. W warstwie merytorycznej była to typowa europejska regulacja ekologiczna: ograniczenie wjazdu do centrum miasta dla pojazdów o określonych normach emisji spalin. W warstwie politycznej była aktem zerwania pewnej niepisanej umowy między polskim mieszczaninem a władzą lokalną. Umowy, która brzmiała mniej więcej tak: rządźcie tym miastem jak chcecie, ale do mojego samochodu nie ruszacie.
Mężczyzna w średnim wieku, mieszkaniec krakowskich peryferii, jeżdżący kilkuletnim dieslem do pracy do Nowej Huty albo do Wieliczki, nie ma w swojej polityce wielu czerwonych linii. Jest tolerancyjny wobec większości decyzji władz lokalnych, bo go nie dotyczą bezpośrednio. SCT przekroczyła tę linię. SCT powiedziała mu: twój samochód, w który włożyłeś trzydzieści tysięcy oszczędności sześć lat temu, jest dziś legalnie nieużyteczny w centrum miasta, w którym mieszkasz.
Nasz monitoring Samorządowych Oczekiwań Społecznych (SOS) wychwycił reakcję na SCT już w sierpniu 2025, na siedem miesięcy przed startem oficjalnej kampanii referendalnej. Wzmianki o strefie generowały wówczas niewielki, ale stały wolumen około czterystu dziennie w korpusie dużego miasta z dominującym sentymentem negatywnym (63% NEG). Najmocniejsze tematy z tej fazy: koszt wymiany samochodu, brak alternatywnej komunikacji w niektórych dzielnicach, niespójność stref w różnych miastach Polski, podejrzenie korupcyjne dotyczące dystrybucji oznaczeń. Te tematy nie zniknęły – uśpiły się i czekały.
Charakterystyka socjologiczna emocji wokół SCT była precyzyjnie diagnostyczna dla późniejszej fazy referendalnej. Po pierwsze: temat aktywizował mężczyzn znacznie silniej niż kobiety (proporcja zaangażowania 78% do 22% w korpusie monitoringu). Po drugie: aktywizował wyborców z dzielnic peryferyjnych silniej niż śródmieście (dostarczały 71% wzmianek). Po trzecie: aktywizował segmenty wieku 35-55 silniej niż młodzież i emerytów. SCT trafiła w wyborcę, który w Krakowie historycznie głosował umiarkowanie centrowo, czasem na Platformę, czasem na PiS, ale rzadko frekwencyjnie. SCT zmieniła go w wyborcę zmotywowanego.
Mechanizm działa na fundamencie psychologicznym, który nie jest specyficznie polski. Samochód w kulturze męskiej drugiej połowy dwudziestego wieku nigdy nie był wyłącznie środkiem transportu. Był rozszerzeniem tożsamości, dowodem statusu, polem autonomii. Każdy ruch władzy ograniczający dostęp do tej autonomii niezależnie od merytorycznych przesłanek jest odbierany jako atak personalny. Mężczyzna pięćdziesięciolatek z dzielnicy Bieżanów nie głosuje przeciwko ograniczeniu emisji spalin. Głosuje przeciwko poczuciu, że ktoś mu mówi, kim ma być. Indeks tożsamości męskiej wokół tematu samochodu, mierzony przez ANUBIS w korpusach dyskursu samorządowego w polskich miastach, dla Krakowa po wprowadzeniu SCT wzrósł trzykrotnie z poziomu 0,21 (przeciętna polskiego miasta) do 0,64 (jedna z najwyższych wartości w monitoringach Res Futura).
Strona Miszalskiego potraktowała SCT jako problem komunikacyjny do rozwiązania w warstwie informacyjnej. Kampanie edukacyjne, infografiki o jakości powietrza, dane o oszczędnościach zdrowotnych. To było mówienie nie do tej osoby, którą trzeba było przekonać. Mężczyzna nie potrzebował wiedzieć, że smog skraca życie. Potrzebował usłyszeć, że jego życie ma w polityce miejskiej znaczenie. Nie usłyszał.
Kiedy w marcu 2026 ruszyła kampania referendalna, SCT była już gotowym paliwem. Inicjatorzy referendum Łukasz Gibała, Jan Hoffman, Stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców nigdy nie używali języka „walka z ekologią”. Używali języka „prezydent nie słucha mieszkańców”, „decyzje bez konsultacji”, „ratusz zarządza miastem przeciwko miastu”. To była warstwa wyższa, akceptowalna dla każdego segmentu wyborczego. Pod nią pracowała warstwa niższa: każdy posiadacz diesla, który widział kampanię, wiedział o co naprawdę chodzi.
Non possumus krakowskie nie zostało wypowiedziane głośno. Nie zostało wypisane na transparentach. Nie pojawiło się w żadnym hasle wyborczym. Pracowało pod powierzchnią dyskursu jako stała, zmotywowana, zlokalizowana wściekłość, którą każda inna sprawa kampanii referendalnej – kolesie, plan ogólny, opóźnienia tramwajowe tylko reaktywowała. Gdy w niedzielę 24 maja 2026 mieszkaniec Bieżanowa szedł do lokalu wyborczego, nie szedł oddać głos przeciwko niesprawnemu zarządzaniu miastem. Szedł oddać głos w swojej sprawie. SCT była jego sprawą.
POZIOM PIERWSZY
Wyciszenie, które niemal się udało
Kampania prezydenta Miszalskiego nie była zła. Działała. Przez sześć tygodni temperatura referendum spadała aż wtrącili się „sojusznicy”.
W standardowej narracji o przegranych politykach zakłada się, że przegrali, bo źle prowadzili kampanię. W przypadku Aleksandra Miszalskiego ta narracja jest błędna. Krzywa Indeksu Mobilizacji Referendalnej w okresie 11 marca – 24 maja 2026 roku układa się w trzy wyraźne fazy: pierwsza, marcowo-kwietniowa, kiedy temat eksplodował (IMR 85, najwyższy odczyt cyklu inicjalnego); druga, kwietniowo-majowa, kiedy temat wygasał (IMR opadł do 55, najniższy odczyt w całym monitoringu); trzecia, majowa, kiedy temat eksplodował powtórnie (IMR 84). Strategia ratusza w pierwszych dwóch fazach wyciszenie, pracowała przez sześć tygodni. Pracowała skutecznie.
Pomiar z 15 kwietnia jest kluczowy dla zrozumienia, co się stało. IMR wyniósł wówczas 55 punktów – wartość, którą w swoich modelach klasyfikujemy jako „obniżona mobilizacja, referendum w strefie ryzyka nieważności”. Wzmianki dobowe spadły z trzech tysięcy w marcu do ośmiuset w połowie kwietnia. Aktywność kont krytycznych wobec prezydenta utrzymywała się, ale bez nowych liderów, bez świeżych aferowych wątków, bez algorytmicznej amplifikacji. Strona PRO referendum w połowie kwietnia była zmęczona, jej narracja zaczynała się powtarzać, jej baza zaczynała tracić wiarę. Gdyby IMR utrzymał się na tym poziomie przez kolejne sześć tygodni do dnia głosowania, referendum byłoby nieważne z dużą rezerwą.
Co prezydent zrobił, żeby do tego doprowadzić? Bardzo niewiele i to było dobre. Strategia ratusza w marcu i kwietniu opierała się na trzech filarach. Po pierwsze: prezydent nie wchodził w bezpośrednie polemiki inicjatorami referendum, nie komentował ich publicznie po imieniu, nie organizował konferencji prasowych „w odpowiedzi na zarzuty”. Pozbawiał przeciwników adresata, którego potrzebowali do utrzymywania temperatury. Po drugie: ratusz koncentrował komunikację na konkretnej agendzie zarządczej inwestycjach, kalendarzu, projektach, wizytach gości. To nie była komunikacja porywająca, ale była komunikacja świadoma, że nudność jest aktywem w okresie kampanii referendalnej. Po trzecie: prezydent wycofał się z najbardziej kontrowersyjnych zapisów Strefy Czystego Transportu, łagodząc reguły wjazdu w kwietniu. Ten ostatni ruch był taktycznie ryzykowny, ale strategicznie zrozumiały: ratusz zdiagnozował SCT jako paliwo socjologiczne i próbował je rozbroić.
Indeks „cooling topic”, mierzący tempo spadku temperatury dyskursu, dla pierwszej połowy kwietnia osiągnął wartość 0,73 jedną z najwyższych w naszych monitoringach dotyczących kampanii referendalnych. Innymi słowy: w ciągu trzech tygodni od momentu maksymalnego rozgrzania temat ostygł szybciej, niż przewidywały modele predykcyjne. Komentatorzy polityczni w drugiej dekadzie kwietnia zaczynali pisać o „wypaleniu się tematu”, „przegranej Gibały”, „braku zasięgu inicjatywy referendalnej”. Niektórzy obserwatorzy ogłaszali wówczas, że referendum nie będzie ważne, i mieli statystyczne podstawy, żeby tak sądzić.
Ten okres jest dziś łatwy do przeoczenia w wstecznej rekonstrukcji wydarzeń, bo wszystko, co stało się później, przesłania go narracyjnie. Ale właśnie ten okres jest najważniejszy dla zrozumienia, dlaczego Miszalski przegrał. Nie przegrał, bo nie potrafił prowadzić kampanii. Przegrał, bo kampania, którą prowadził, została podpalona w trzeciej fazie przez kogoś, kogo nie kontrolował: profil Sok z Buraka. ki
Mechanika nadchodzącej katastrofy ujawniła się około 14 maja, kiedy Sok z Buraka zaczął eskalować częstotliwość postów krakowskich z trzech-pięciu dziennie do dziesięciu-czternastu. Indeks IMR, który w pierwszej połowie maja oscylował wokół wartości 60-65, w drugiej połowie miesiąca poszedł w górę gwałtownie: 64 (17 maja), 70 (18 maja), 73 (19 maja), 79 (20 maja), 82 (21 maja), 84 (22 maja). Wzrost wynosił dwadzieścia punktów w pięć dni tempo, którego krzywa IMR nie odnotowała ani razu w całym dziewięćdziesięciodniowym monitoringu. Tempo, którego nie da się wyjaśnić tylko mobilizacją strony PRO. Wymagało drugiego, równoległego czynnika eskalacyjnego. Tym czynnikiem był Sok z Buraka.
Wniosek z analizy fazy wyciszenia jest zatem przewrotny: kampania prezydenta Miszalskiego była optymalnie zaprogramowana. Działała. Wymagała tylko jednego żeby „sojusznicy” nie postanowili „pomóc”. „Pomoc” nadeszła, a wraz z nią koniec wyciszenia. 'Drugie referendum krakowskie” to powtórzone przez algorytmy w drugiej połowie maja było już nie do wygrania.
POZIOM DRUGI
Sok z Buraka, czyli paradoks ogólnopolskiej fabryki w lokalnej wojnie
Profil, który miał ratować prezydenta, podpalił kampanię, która już niemal wygrała. Każdy z jego postów zwiększał temperaturę, której strona prezydencka cały czas chciała uniknąć.
Sok z Buraka jest jednym z najgłośniejszych kont prorządowych w polskiej infosferze. W okresie monitorowanym od 26 kwietnia do 24o maja 2026 roku profil opublikował 1 619 postów. To średnio pięćdziesiąt sześć materiałów dziennie, z dziennymi szczytami sięgającymi sześćdziesięciu dziewięciu. Skala produkcji jest przemysłowa: konto pracuje jak masowa fabryka treści politycznej, której głównymi tematami są ogólnopolskie afery PiS, ucieczka Ziobry, wybryki Karola Nawrockiego, polityka Donalda Trumpa, drożyzna, wojny kulturowe, narracja antyklerykalna. To centralny aparat dyskursywny rządzącej koalicji, działający w stałym tempie, niezależnie od pojedynczych spraw lokalnych.
Korpus krakowski w obrębie Sok z Buraka to 145 postów, czyli 9% całości. Średnia liczba interakcji postu krakowskiego wyniosła 1 094. Średnia postu ogólnopolskiego 2 185. Posty krakowskie generowały o połowę mniej zaangażowania niż reszta korpusu. Innymi słowy: temat Krakowa był dla bazy Sok z Buraka mniej atrakcyjny niż przeciętna treść profilu. ALE dała paliwo do rozgrzania emocji w Krakowie.
Eskalacja krakowskiej działalności Sok z Buraka miała wyraźny rytm. Od końca kwietnia do dziesiątego maja: jeden-pięć postów dziennie. W okolicach 11-17 maja: trzy-sześć postów dziennie, z pierwszymi większymi falami koordynacji. Od18-21 maja: dziesięć-czternaście postów dobowo. 22 maja, w ostatniej dobie przed ciszą wyborczą: 23 posty krakowskie rekord całego okresu. To wzorzec dyscyplinowanej, koordynowanej akcji komunikacyjnej, prowadzonej z rytmem typowym dla profesjonalnej kampanii politycznej.
Każdy z tych postów w sensie metryki dziennej IMR kosztował stronę prezydencką punkt mobilizacji przeciwnika. Każdy podbijał temat, który ratusz przez sześć tygodni próbował wyciszać. Każdy generował komentarze w bazach przeciwników. Każdy stawał się materiałem do repostowania na profilach PRO referendum. To nie była pomoc. To była praca antagonisty wykonana przez sojusznika.
Co właściwie pisał Sok z Buraka o Krakowie? Analiza treści 145 postów wskazuje cztery powtarzające się strategie narracyjne, działające równolegle przez cały okres kampanii.
Strategia pierwsza była najbardziej rozpoznawalna: klasyczne wezwania do bojkotu. „Zostań w domu”, „nie idź”, „najważniejszy głos to ten, którego nie oddasz”. Wariant tego samego komunikatu pojawiał się w korpusie Sok z Buraka co najmniej osiem razy między 15 a 22 maja, z lekkimi modyfikacjami stylistycznymi i interakcjami w zakresie 1 587 – 3 659. Najmocniejszy z tej serii pochodzi z 17 maja: post zakończony hashtagami #NieIdęNaReferendum i #NieDlaChaosu osiągnął 3 659 interakcji. To była wyraźna, świadoma kampania demobilizacyjna, prowadzona przez profil rządowy, którego liderzy mówią o sobie jako o stronie demokratycznej. Sprzeczność tej postawy z polską tradycją głosowania powszechnego wytworzyła w komentarzach jeden z najczęściej cytowanych później memów referendum: „Demokracja, ale tylko jak my wygrywamy”.
Strategia druga była bardziej finezyjna: framing referendum jako spisku PiS, Konfederacji i Łukasza Gibały. „Im nie chodzi o dobro miasta”, „chcą przejąć miasto”, „pisowsko-konfederackie referendum”, „brudna gra”. Konstrukcja narracyjna była konsekwentna: zamiast odpowiadać na konkretne zarzuty stawiane prezydentowi, profil przekierowywał uwagę na motywy stojące za inicjatywą. Co istotne – framing ten działał wewnętrznie w bazie KO i Lewicy, ale dla wyborców niezdecydowanych okazał się kontrproduktywny. Zarzuty o „nieautentyczność” inicjatywy uderzały w nazwiska, których przeciętny krakowski wyborca nie znał (Berkowicz, Mentzen pojawiali się w komunikacji frontowo dopiero w ostatnich dniach), a omijały twarze rzeczywiście stojące za kampanią (Gibała, Hoffman, lokalni aktywiści). Rezultat: ogólnopolska narracja partyjna zderzała się z lokalną, obywatelską mobilizacją z korzyścią dla tej drugiej.
Strategia trzecia ujawniła się najmocniej w ostatnim tygodniu kampanii: hashtag #MuremZaMiszalskim, używany w ośmiu postach, uzupełniony wariantami #MuremZaOlkiem i #MuremZaPrezydentem (łącznie siedemnaście postów). „Stańmy wszyscy murem za prezydentem” – komunikat sytuujący Miszalskiego w stylistyce obrońcy oblężonej twierdzy. To była próba odwrócenia dynamiki referendum: zamiast bronić merytorycznie konkretnych decyzji prezydenta, profil próbował zbudować emocjonalną tożsamość koalicji obrończej, działającą na zasadzie identyfikacji plemiennej. Hashtag działał umiarkowanie top post z tej serii (2 773 interakcji, dwudziestego drugiego maja) osiągnął wartość mniejszą niż połowa interakcji średniego postu ogólnopolskiego tego konta.
Indeks „bumerang topic”, mierzący stosunek negatywnych komentarzy pod postami strony anty-referendalnej do jej własnego zasięgu, dla korpusu Sok z Buraka w tygodniach maja 2026 osiągnął wartość 2,8. To znaczy: każda jednostka pozytywnej amplifikacji własnej narracji wytwarzała blisko trzy jednostki narracji odwrotnej. Im więcej Sok z Buraka pisał o Krakowie, tym wyraźniej kontrkomentarze pod jego postami stawały się argumentem mobilizacyjnym dla strony proreferendalnej. Mechanizm nie był złamaniem strategii -był jej konsekwencją. Profil zaprojektowany jako agresywny aparat polaryzacji nie potrafił grać w niskie tony lokalnej obywatelskości.
Sok z Buraka, działając z dobrymi intencjami obrony prezydenta KO, wykonał pracę, którą zaplanowałaby kampania PRO referendum, gdyby umiała ją wymusić. Nie ma w polskiej polityce niczego cenniejszego dla inicjatywy obywatelskiej niż wykazanie, że jej przeciwnik jest agresywnym, partyjnym, ogólnopolskim aparatem operacyjnym. Sok z Buraka wykazał to w ciągu pięciu tygodni samodzielnie.
POZIOM TRZECI
Reakcja na pożar, czyli kiedy stare narzędzia nie wystarczyły
Gdy Sok z Buraka rozpalił temat, ratusz musiał zacząć odpowiadać. I tu okazało się, że narzędzia, które działały w wyciszaniu, nie nadawały się do gaszenia pożaru.
Pierwsze cztery dni eskalacji IMR (17-20 maja) zastały stronę Miszalskiego bez ułożonego planu reakcji. Wyciszenie, które przez sześć tygodni funkcjonowało skutecznie, nagle przestało wystarczać. Codzienne posty Sok z Buraka generowały reakcje w bazach przeciwników. Sondaż OGB z 18 maja dostarczał stronie PRO punkt narracyjny do amplifikacji. Reaktywacja archiwalnej wypowiedzi Donalda Tuska spowodowana mechaniką rekomendacji Google reagującą na wzrost wyszukiwań dolewała kolejnego paliwa. Ratusz musiał coś zrobić. Nie był na to przygotowany.
Ruchy strony Miszalskiego w trzeciej fazie kampanii pokazują rozdarcie między dwoma logikami komunikacyjnymi. Z jednej strony, prezydent kontynuował dotychczasową strategię miękkiego, programowego rytmu publikacji: dwudziestego maja opublikował felieton „Kraków miastem szczęśliwym”, podpisał list intencyjny z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad, gościł Petera Magyara. Wszystkie te materiały były zaplanowane wcześniej, w okresie wyciszenia, kiedy taka komunikacja działała. Z drugiej strony, w czwartej fazie eskalacji po 20 maja konieczność reakcji wymagała narzędzi, których ratusz nie miał: szybkich, ostrych, generujących wirale w tempie nowych ataków.
Tekst „Kraków miastem szczęśliwym” jest dobrym przykładem rozdźwięku między tymi logikami. Był spójny merytorycznie, pełen aspiracji. W innym tygodniu byłby zauważony jako miły gest prezydenta wobec miasta. Opublikowany w tygodniu, w którym Berkowicz złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie 274 tysięcy złotych domniemanych fikcyjnych umów współpracownika prezydenta, brzmiał jak gaslighting. Algorytmy Google i Facebook to wyłapały.
Mechanika, którą ANUBIS udokumentował w trzeciej fazie kampanii, wygląda następująco: każdy świeży post prezydenta podbijał pozycjonowanie nazwiska „Miszalski” w wyszukiwarce. Wyborca niezdecydowany, który w T-3 wpisywał „Miszalski” w Google, widział wyniki ułożone według algorytmicznej wagi: świeży felieton o „mieście szczęśliwym”, archiwalny cytat Tuska o „rozróbie politycznej”, świeży materiał o kolesie-gate, świeży materiał o drugim pomiarze sondażu OGB pokazującym frekwencję 27-33 procent przy progu 27,1 procent. Każde z tych wyników, czytane razem, składało się w narrację stratną dla prezydenta. Felieton w innym tygodniu byłby standardowy. W kontekście zaczynał być problemem.
Tu właśnie ujawnia się fundamentalna asymetria narzędzi. W okresie wyciszenia (od marca do połowy maja) komunikacja merytoryczno-programowa była aktywem: prezydent mówił o mieście, nie o referendum, i ten dysonans pomagał wyciszać temperaturę. W okresie eskalacji (od połowy maja) ta sama komunikacja stała się obciążeniem: ten sam dysonans był odczytywany jako brak zmierzenia się z zarzutami. Wyciszanie wymaga innej narzędziówki niż gaszenie pożaru. Ratusz miał pierwszą, nie miał drugiej. Tutaj pojawia się najtrudniejszy dylemat: czy zamilknąć, czy się tłumaczyć. W dobie algorytmów milczenie jest złotem.
Najbardziej spektakularnym przykładem różnicy między tymi logikami była scena zerwania sesji Rady Miasta Krakowa 21 maja. Sesja została zwołana w trybie nadzwyczajnym w sprawie ujawnienia dokumentów strategii rozwoju miasta i planu ogólnego. Radni Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy nie pojawili się na sali w wystarczającej liczbie, by zachować kworum. Sesja została zerwana. Z punktu widzenia logiki wyciszania był to ruch racjonalny: po co dawać przeciwnikom platformę w przeddzień ciszy wyborczej? Z punktu widzenia logiki algorytmów był to ruch samobójczy. Trzej radni opozycji stanęli w pustej sali sesyjnej z mikrofonami i nakręcili film. Tytuł: o ratuszu ukrywającym plan zabudowy. Materiał trafił do feedu w dwie godziny od momentu zerwania kworum. Sumaryczny zasięg postów relacjonujących sesję ponad 30 tysięcy interakcji.
Strategia, która przez sześć tygodni broniła prezydenta, w siódmym tygodniu zaczęła go ranić. To nie jest słabość prezydenta. Nie jest to wina zespołu sztabowego prezydenta. Sztaby polityczne w Polsce nie dysponują dziś narzędziami pozwalającymi w czasie rzeczywistym diagnozować zmianę logiki komunikacyjnej kampanii -przejścia z fazy wyciszania w fazę gaszenia pożaru. Indeks „strategic lag”, autorski wskaźnik Res Futura mierzący opóźnienie reakcji sztabu na zmianę warunków komunikacyjnych, w okresie 17-22 maja osiągnął wartość 0,68 wysoką, sugerującą, że sztab dostrzegł problem dopiero gdy IMR przekroczył poziom 80, czyli z opóźnieniem około sześciu dni względem początku eskalacji. To opóźnienie nie wynikało z braku kompetencji, lecz z braku metryki sztab pracował z intuicją tam, gdzie potrzebny był pomiar.
POZIOM CZWARTY
Pierwsza bitwa wyborcza rozegrana algorytmicznie
Kraków był poligonem. Modele językowe, syntetyczne teksty, manipulacja algorytmiczna feedu to wszystko zostało użyte. Konsekwencje wykraczają poza jedno miasto.
Sztuczna inteligencja nie była głównym tematem rozmów o referendum krakowskim. Była natomiast głównym narzędziem jego rozegrania. Większość komentatorów politycznych w Polsce nie zauważyła zmiany, bo zmiana nie nastąpiła w treści. Nastąpiła w mechanice produkcji i dystrybucji treści. Z perspektywy obserwatora wszystko wyglądało tak jak zawsze: posty, komentarze, sondaże, polemiki. Z perspektywy operatora kampanii wszystko działało inaczej.
Po stronie PRO referendum, ANUBIS zaobserwował systematyczne i bardzo umiejętne wykorzystanie generatywnych modeli językowych do produkcji warstwy dolnej dyskursu: komentarzy pod postami, mikrobloków na Twitterze, krótkich filmów na TikToku z napisami generowanymi syntetycznie. To nie była amatorska zabawa narzędziem to była przemyślana, świadoma operacja komunikacyjna, prowadzona przez ludzi, którzy potrafią czytać emocje społeczne i rozumieją, jak działają algorytmy dystrybucji treści. Strona PRO dopasowała ton komunikatów do segmentów wyborców, do których chciała trafić: szybki, gniewny, peryferyjny język dla mężczyzny z Bieżanowa, analityczny i prawniczy dla śródmiejskiego inteligenta, krótki i obrazkowy dla młodzieży na TikToku. Każdy z tych rejestrów był spójny wewnętrznie, każdy działał na innej grupie, każdy używał innego zestawu argumentów, ale wszystkie zbiegały się w jednym wniosku: prezydent musi odejść. To poziom koordynacji semiotycznej, którego nie da się zaprogramować ręcznie -wymagał wsparcia modelami językowymi i zrozumienia, jak nimi sterować, by wynik brzmiał autentycznie. To była pierwsza w polskiej polityce udokumentowana kampania, w której sztuczna inteligencja została użyta nie do produkcji treści propagandowej, lecz do produkcji wielowarstwowej autentyczności społecznej.
Drugim mechanizmem, którego ANUBIS udokumentował szczegółowo, była reaktywacja archiwalnych wypowiedzi przez algorytmy Google i Facebook. Cytat Tuska z 2024 roku o „rozróbie politycznej” został wyłowiony z archiwum nie przez sztab Konfederacji ani PiS, tylko przez maszynerię rekomendacyjną reagującą na wzrost wyszukiwań „Tusk Kraków referendum”. Mechanizm jest organiczny w sensie informatycznym nikt nie nacisnął przycisku „reaktywuj”. Ale konsekwencje są tak samo polityczne, jakby ktoś nacisnął. Dla wyborcy w T-4 archiwalny cytat brzmi jakby premier wypowiedział się dziś.
Trzecim mechanizmem – być może najistotniejszym – była separacja polityczna inicjatywy referendalnej. Strona PRO referendum nigdy nie była frontowo polityczna. Łukasz Gibała, twarz inicjatywy, jest aktywistą obywatelskim, nie politykiem partyjnym. Jan Hoffman, twarz prawna, jest prawnikiem, nie posłem. Stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców jest organizacją mieszkańców, nie strukturą partyjną. Konfederacja, PiS, Korona wszystkie te formacje wspierały referendum, ale żadna nie próbowała przejąć jego twarzy. To była świadoma kalkulacja. Gdyby kampania była frontowo polityczna, framing „PiS i Konfederacja chcą rozróby” który Sok z Buraka eksploatował w dziesiątkach postów -miałby podstawy. Ponieważ kampania była programowo społeczna, framing nie miał oparcia w faktach.
Algorytmiczna konsekwencja tej asymetrii była dramatyczna. Posty obywatelskie generują wyższe wskaźniki zaangażowania niż posty partyjne, niezależnie od treści. Algorytmy Facebook i Google traktują głos „zwykłego obywatela” jako bardziej wartościowy dla feedu niż głos polityka. Strona PRO referendum dostała więc nie tylko legitymizację narracyjną, ale również algorytmiczną. Każdy post Gibały dostawał wyższy organic reach niż każdy post Miszalskiego, przy porównywalnym wyjściowym followingu.
Konstrukcja, którą Kraków zoperacjonalizował w trakcie tych dziewięćdziesięciu dni, jest replikowalna. Stowarzyszenia mieszkańców istnieją w każdym dużym mieście Polski. Aktywiści obywatelscy z autorytetem prawnym i medialnym również. Konfederacja gotowa do wsparcia narracyjnego bez frontowego przejęcia również. Modele językowe produkujące dolną warstwę dyskursu dostępne za darmo. Algorytmy reaktywujące archiwalne wypowiedzi premierów działają niezależnie od woli kogokolwiek.
W ciągu 6 do 12 miesięcy podobne kampanie mogą wystartować w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Łodzi i Lublinie. We wszystkich tych miastach Koalicja Obywatelska ma prezydentów. We wszystkich istnieją lokalne grupy opozycji obywatelskiej i centroprawicowej. We wszystkich istnieją lokalne fakty kompromitujące każdy duży samorząd ma swoich „kolesi”, czeka tylko na swojego „zwykłego mieszkańca”, który po nie sięgnie.
EPILOG
Co kampania proreferendalna zrobiła dobrze
Wnioski z analizy Res Futura nie są jednoznacznie negatywne dla żadnej ze stron. Strona PRO referendum wykonała kampanię, która – z perspektywy mechaniki – była lepiej zaprogramowana niż kampania strony Miszalskiego w momencie eskalacji. Nie dlatego, że była lepiej finansowana. Nie dlatego, że miała lepsze hasła. Nie dlatego, że miała charyzmatycznego lidera. Dlatego, że oparła się na społeczeństwie, nie na politykach.
Wszystkie tematy, które generowały wzrost IMR w trakcie kampanii Strefa Czystego Transportu jako narzucone obciążenie ekonomiczne dla mieszkańców, zadłużenie miasta, kolesiostwo kadrowe, opóźnienia w inwestycjach, plan ogólny były tematami ekonomicznymi i administracyjnymi, nie tożsamościowymi. Strona PRO mówiła o pieniądzach, czasie i pracy, nie o wartościach. To była rozmowa, w której wyborca z dowolnego segmentu politycznego mógł znaleźć coś dla siebie. Konserwatysta widział kolesiostwo. Liberał widział nieskuteczność. Lewicowiec widział wykluczenie. Centrystka widziała marnotrawstwo. Każdy widział swoje.
Gdyby kampanię frontowo prowadzili politycy, taka uniwersalność byłaby niemożliwa. Polityk z definicji reprezentuje segment, nie konsensus. Konfederacja prowadząca kampanię referendalną byłaby kampanią konfederacką, nie krakowską. PiS prowadzący kampanię byłby kampanią pisowską. Aktywiści obywatelscy, prawnicy, dziennikarze, mieszkańcy -byli kampanią krakowską. Z chwilą, gdy w kampanii pojawiał się polityk frontowo, jego obecność spalała się automatycznie.
24 maja 2026 nie jest końcem cyklu. Jest jego początkiem.