Social media pod specjalnym nadzorem

W Polsce działa opłacona i przetestowana infrastruktura rozsyłania fałszywych nagrań wideo których celem jest kradzież oszczędności Polaków. Główni „bohaterowie” nagrań? Cała paleta od prezesa NBP Adama Glapińskiego przez prezydenta Karola Nawrockiego, Rafał Brzoskę, Krzysztofa Stanowskiego czy prezesa Orlenu Ireneusza Fąfary i wielu innych. W dniu poważnego kryzysu na linii Polska–Rosja wystarczy przestawić ją na inne tory. Tymi samymi twarzami można zniechęcić ludzi do oporu, wywołać panikę czy „run” na banki lub zagłuszyć komunikaty państwa. Polska klasa polityczna wciąż nie rozumie, że w razie kryzysu ta sieć uderzy we wszystkie partie naraz.

I. To już się wydarzyło gdzie indziej

Zanim wyobrazimy sobie polski scenariusz, spójrzmy na wyspę, która jest poligonem od kilku lat.

W przeddzień wyborów prezydenckich na Tajwanie w 2024 roku w sieci pojawiło się ponad sto spreparowanych nagrań, w których sztucznie wygenerowani prezenterzy telewizyjni atakowali urzędującą głowę państwa sensacyjnymi zarzutami. Operację przypisano chińskim służbom. Krążył też fałszywy materiał, w którym kandydat Lai Ching-te popiera swoich rywali.

W obieg trafiło nagranie, w którym prezydent Tsai Ing-wen zachęca do inwestowania w kryptowaluty. Tajwańskie Biuro Śledcze uznało je za najprawdopodobniej spreparowane. Jest to dokładnie ten sam schemat co w Polsce czyli głowa państwa użyta do reklamy inwestycyjnej, ta sama technika, ten sam cel zarobkowy. Granica między oszustwem finansowym a operacją polityczną okazuje się bardzo wąska.

Struktura, która obsługuje te mechanizmu, także przypomina azjatycki przypadek. Tajwańskie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego ustaliło, że Pekin zleca znaczną część działań wpływu chińskim firmom informatycznym i marketingowym, wymieniając z nazwy Golaxy, Meiya Pico oraz Warming High-Tech. Firmy te zbierają automatycznie dane osobowe tajwańskich polityków, posłów i liderów opinii, wraz z informacjami o ich powiązaniach. W ciągu roku wykryto ponad 45 tysięcy fałszywych kont i 2,3 miliona materiałów dezinformacyjnych. Powiązana z Pekinem sieć Dragonbridge prowadziła działania w ponad dwudziestu językach na ponad stu osiemdziesięciu platformach.

Tajwańska partia rządząca nazwała to wprost: kompletnym łańcuchem dostaw przemysłu ingerencji wyborczej. Nie strukturą służb, lecz branżą z podwykonawcami.

Znany jest też moment aktywacji. Podczas chińskich ćwiczeń wojskowych wymierzonych w Tajwan w kwietniu 2025 roku przejęto kilkanaście kont na największym tajwańskim forum internetowym, a poprzez zhakowane urządzenia i wynajęte serwery zagraniczne rozpowszechniano fałszywe komunikaty o zablokowaniu dostaw gazu na wyspę i o wejściu chińskich okrętów w strefę przybrzeżną.

To nie jest scenariusz. To realne działania, w którym infrastruktura informacyjna została uruchomiona równolegle z manewrami wojskowymi, z komunikatami wymierzonymi w zaopatrzenie i bezpieczeństwo.

Jakie wnioski wyciągnęło wojsko Tajwanu?

Ważniejsze od tego, co robi Pekin, jest to, jak Tajpej to sklasyfikowało.

Raport o obronie narodowej opublikowany w październiku 2025 roku wymienia rutynowe nękanie w szarej strefie, patrole gotowości bojowej, ukierunkowane ćwiczenia wojskowe oraz wojnę kognitywną jako elementy jednego, całościowego zagrożenia. Nie są to w tym ujęciu osobne kategorie: presja informacyjna została opisana obok manewrów morskich, w tym samym klastrze.

Czteroletni przegląd obronny idzie dalej i wymienia domenę kognitywną obok lądowej, morskiej, powietrznej, kosmicznej, cybernetycznej i elektromagnetycznej jako jeden z obszarów, w których może działać przeciwnik. Innymi słowy państwo z realnym ryzykiem inwazji uznało oddziaływanie na sposób myślenia własnego społeczeństwa za domenę walki, a nie za problem regulacji mediów.

Dwa ustalenia z tych dokumentów mają bezpośrednie przełożenie na polską sytuację.

Pierwsze dotyczy czasu. Raporty mówią o skróconym czasie ostrzegania i niejednoznacznych wskaźnikach oraz ostrzegają, że Chiny mogą nagle przekształcić trwające ćwiczenia w działania bojowe, żeby zaskoczyć Tajwan i jego partnerów. Jeżeli sygnał ostrzegawczy jest niejednoznaczny, a przejście z ćwiczeń do działań może nastąpić w ciągu godzin, to każdy mechanizm reagowania liczony w dniach jest bezużyteczny. Tak samo liczy się czas przy zgłoszeniu kierowanym do platform społecznościowych.

Drugie dotyczy tego, kto ma się bronić. Kluczowym pojęciem obu dokumentów jest odporność całego społeczeństwa, oparta na założeniu, że każdy jego element będzie atakowany w trakcie konfliktu, a nawet przed jego wybuchem, w tym poprzez dezinformację. Tajwańskie wojsko nie traktuje więc odporności informacyjnej jako zadania na czas wojny. Traktuje ją jako stan utrzymywany na co dzień, budowany wtedy, gdy nic się nie dzieje.

Różnica między podejściem tajwańskim a polskim nie polega na zasobach ani na technologii. Polega na klasyfikacji. Tam to samo zjawisko jest polem walki opisanym w dokumencie wojskowym. U nas jest przestępczością gospodarczą obsługiwaną przez blokowanie domen.

Polska nie ma dziś tajwańskiego doświadczenia, ale ma w swojej przestrzeni informacyjnej wrogą infrastrukturę. Różnica polega na tym, że tam zbudowało ją państwo poprzez podwykonawców, a u nas zbudowali ją przestępcy za wschodniej granicy dla zysku i zostawili otwartą dla każdego, kto zapłaci.


II. Dzień X

Wyobraźmy sobie ten dzień. Nie trzeba wiele, wystarczy incydent na granicy, uszkodzenie infrastruktury krytycznej, cokolwiek, co wymaga od państwa komunikowania szybko i co kluczowe wiarygodnie.

Pierwsze nagranie pojawia się w ciągu kilku minut od incydentu. Twarz znana z konferencji prasowych, głos słyszany dziesiątki razy, rozpoznawalne wnętrze. Komunikat dotyczy pieniędzy użytkownika. Drugie przychodzi z zupełnie innej strony, nie od instytucji, lecz od kogoś, komu odbiorca ufa właśnie dlatego, że instytucjom nie ufa. Trzecie linkuje do materiału, który wygląda jak polski portal informacyjny czyli ma stopkę, datę, zdjęcie, właściwą typografię.

Trzy komunikaty, trzy różne poziomy wiarygodności, jedna infrastruktura.

Poniżej opisujemy trzy warianty tego, co mogłoby zostać wyemitowane. Nie są to prognozy zdarzeń. To przekazy, które opisany tu kanał jest dziś w stanie rozesłać bez żadnej rozbudowy.

Wariant pierwszy: „run” na banki

Może pojawić się nagranie, w którym prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński, z tą samą twarzą, tym samym głosem i w tym samym gabinecie, co w setkach realnych konferencji prasowych, informuje, że sytuacja depozytów wymaga natychmiastowego działania, a wcześniejsze zapewnienia straciły aktualność. Nie musi twierdzić, że jakakolwiek instytucja upada; wystarczy, że podważy zapewnienie i doda presję czasu. Obok mogą pojawić się materiały z oprawą wizualną PKO Banku Polskiego, wykorzystywaną w kampaniach oszukańczych już wcześniej.

Deepfake Adama Glapińskiego jest w Polsce produkowany od co najmniej 2024 roku: w jednej z kampanii jego sklonowany głos obiecywał cztery tysiące złotych dziennie, w innej od jedenastu do dwudziestu tysięcy miesięcznie z tysiąca złotych wkładu, a materiałem źródłowym były przerobione wystąpienia publiczne, w tym konferencja poświęcona niezależności banku centralnego. Model głosu istnieje, nagrania są zebrane, jakość została sprawdzona na polskich odbiorcach. Od komunikatu o depozytach dzieli ten materiał wyłącznie zmiana skryptu.

Skuteczność takiego przekazu nie zależy od tego, czy odbiorcy w niego uwierzą. Masowe wycofywanie depozytów, określane w finansach angielskim terminem „run”, wymaga jedynie, żeby uznali, że uwierzą inni. Wątpliwość działa tu równie dobrze, jak przekonanie. Sam przekaz jest zbudowany dokładnie tak jak reklama inwestycyjna czyli autorytet, pośpiech, zamykające się okno czasowe. Kanały w social mediach są już pod to wyszlifowany, a lista ludzi najbardziej na to podatnych powstała przez lata wcześniejszych oszustw.

Wariant drugi: panika ewakuacyjna

Mogą pojawić się materiały z wizerunkami rozpoznawalnych przedsiębiorców: Rafała Brzoski, założyciela InPostu, Michała Sołowowa czy prezesa Orlenu Ireneusza Fąfary, sugerujące, że sytuacja jest poważniejsza niż komunikaty oficjalne, uzupełnione konkretami logistycznymi nadającymi całości pozór wiedzy operacyjnej. Wiarygodność takiego przekazu bierze się stąd, że osoby zarządzające dużymi organizacjami są postrzegane jako mające dostęp do informacji wyprzedzającej. Wizerunki wszystkich wymienionych zostały już przetworzone przez ten sam aparat produkcyjny w kampaniach inwestycyjnych.

Celem nie jest w tym wypadku wywołanie ewakuacji. Jest nim obciążenie dróg i infrastruktury oraz wymuszenie na państwie, żeby w krytycznym momencie zajmowało się dementowaniem zamiast zarządzaniem. Komunikat wywołujący ruch fizyczny nie musi przy tym przekonać większości, wystarczy kilka procent populacji jednego regionu.

Wariant trzeci: demobilizacja

Najbardziej wyrafinowany, bo nie wymaga podszywania się pod instytucje. Mogą pojawić się materiały z wizerunkami osób, których wiarygodność bierze się z dystansu wobec instytucji: Krzysztofa Stanowskiego, założyciel Kanału Zero czy inni dziennikarze, przekonują, że decyzje zapadły ponad głowami obywateli, a komunikaty oficjalne to kłamstwo. Wizerunki dziennikarzy były już wykorzystywane w kampaniach oszustów a aparat produkcyjny dysponuje ich modelami.

Ten typ przekazu jest odporny na dementi rządowe, ponieważ jego przesłanką jest niewiarygodność rządu, sprostowanie potwierdza tezę. Dobór twarzy nie jest tu przypadkowy i nie różni się od doboru w scamie inwestycyjnym, gdzie pełniły identyczną funkcję czyli miały uwiarygodnić ofertę wobec odbiorcy, który nie ufa instytucjom. Operator wybrałby je w operacji wpływu z dokładnie tego samego powodu.

Ten wariant jest przy tym najmniej hipotetyczny ze wszystkich trzech. Kanały w social mediach emitowały już w 2025 i 2026 materiały o rzekomym pobiciu Omeny Mensah, jej śmierci a ostatnio sponsorowany wpis sugerujący „tragiczny koniec” Rafała Brzoski oraz materiał przedstawiający go w kajdankach, w otoczeniu policjantów.

Co łączy trzy warianty

Żaden nie wymaga nowych zdolności. Każdy wymaga zmiany tekstu, który postać ma wypowiedzieć, przy tych samych nagraniach źródłowych, tych samych modelach głosu i tych samych kontach w social mediach.

Co zrobi w tym czasie odbiorca? Sprawdzi profil instytucji, dementi jeszcze nie ma, bo ktoś w środku dopiero ustala, czy materiał jest fałszywy. Zgłosi go platformie. Odpowiedź przyjdzie za kilka dni albo nie przyjdzie wcale. W 2025 roku połowa z ponad dziewięciu tysięcy zgłoszeń skierowanych do Mety przez NASK została odrzucona lub pozostała bez odpowiedzi.

Do czasu oficjalnego sprostowania materiał ma za sobą kilka godzin swobodnej dystrybucji, w oknie, w którym ludzie podejmują decyzje o pieniądzach, o wyjeździe i o tym, komu wierzyć.

Człowiek na końcu tego łańcucha

79-letni mieszkaniec gminy Sosnowica zobaczył w sieci reklamę inwestycji w sztuczną inteligencję. Kliknął. Wpisał w formularzu numer telefonu i adres e-mail. Tego samego dnia zadzwonił mężczyzna. Przysłał link do strony, kazał się zarejestrować i wpłacić wkład własny. Potem poprosił o zainstalowanie AnyDeska, żeby pokazać, jak działa platforma. Senior zainstalował. Stracił blisko 36 tysięcy złotych. W tej historii nie wydarzyło się nic z tego, co zwykle nazywamy cyberprzestępczością. Nie było włamania. Nie złamano żadnego zabezpieczenia bankowego. Nie użyto złośliwego oprogramowania. Człowiek sam zainstalował legalną aplikację, sam się zalogował, sam zatwierdził. Zrobił dokładnie to, o co go poproszono, bo prosiła osoba, która brzmiała jak doradca finansowy, po tym, jak zobaczył reklamę, która wyglądała jak wiarygodna.

I to jest cały mechanizm. Nie technologia. Zaufanie.

Takich spraw są tysiące. W jednej rozbitej przez CBZC siatce straty Polaków sięgnęły 60 milionów złotych, a śledczy odnotowali, że mechanizmowi ulegali również doświadczeni pracownicy sektora finansowego. Przy oszustwach na zdalny pulpit rekordziści zostają nie tylko bez oszczędności, ale z kredytami zaciągniętymi na ich dane, sięgającymi kilkuset tysięcy złotych.

Biegli opisujący te sprawy mówią o czymś jeszcze, czego nie widać w statystykach. Ofiary zostają z długiem i ze wstydem, który utrudnia im zgłoszenie sprawy. Wielu nie zgłasza w ogóle.

Teraz wyobraźmy sobie to samo, tylko że dzwoniący nie chce pieniędzy. Chce, żeby ktoś wyjechał, wypłacił oszczędności albo uwierzył, że państwo kłamie. Aparat jest ten sam. Skuteczność też.


III. Co teraz

W scenariuszu poważnego zdarzenia na linii Polska–Rosja należy zakładać, że infrastruktura wykorzystywana dziś do oszustw inwestycyjnych zostanie użyta do dystrybucji treści kryzysowych.

Nie dlatego, że wiemy, kto nią dysponuje. Dlatego, że jest to jedyny kanał w Polsce spełniający jednocześnie trzy warunki: dociera natychmiast do milionów odbiorców z pominięciem redakcji i instytucji; dysponuje wytrenowanymi modelami twarzy i głosów osób, których komunikat w takim momencie ma największe znaczenie; jest dostępny za pieniądze dla każdego, kto zapyta.

Aktor prowadzący operacje informacyjne przeciwko Polsce, który w takim momencie nie sięgnąłby po gotowy, opłacony i wielokrotnie przetestowany kanał, działałby wbrew własnemu interesowi. Zakładanie takiej powściągliwości nie jest ostrożnością analityczną. Jest planowaniem pod najkorzystniejszy wariant.


IV. Co dokładnie istnieje

To nie jest zjawisko przypisane do jednego serwisu. To działające przedsiębiorstwo, w którym platforma jest ostatnim odcinkiem dostawy.

Warstwa pierwsza: zbiór nagrań. Materiał wyjściowy: kilkadziesiąt minut wypowiedzi danej osoby, na podstawie których program uczy się jej twarzy i głosu. Pozyskiwany z materiałów publicznych: wystąpień konferencyjnych, wywiadów, transmisji z wydarzeń branżowych, podcastów. Jest to jedyna warstwa wymagająca pracy ukierunkowanej na konkretny rynek: ktoś musi wiedzieć, gdzie w Polsce szukać godzin nagrań prezesów, dziennikarzy i polityków. Raz zebrany zbiór nie traci wartości i nie wymaga odnawiania.

Warstwa druga: produkcja. Generowanie wideo i audio. Koszt bliski zeru, czas liczony w minutach. Ta warstwa dawno przestała być wąskim gardłem.

Warstwa trzecia: legenda. Fałszywe artykuły w szacie graficznej znanych redakcji, podrobione dokumenty tożsamości, imitacje komunikatów instytucji. Poprawiana na bieżąco, bo odbiorca się uczy. Kiedy publiczność przestała ufać twarzy, dołożono dowód osobisty.

Warstwa czwarta: dostęp. Konta reklamowe zdolne przejść moderację. Kupowane i wynajmowane na czarnym rynku: skradzione użytkownikom i firmom, zakładane na fałszywe dokumenty tożsamości oraz, najcenniejsze, konta „stare”, z wyrobioną oceną i historią rozliczeniową. Kupuje się tu nie narzędzie, tylko dobrą opinię u platformy, czyli jedyny element całej układanki, którego nie da się wyprodukować szybko.

Warstwa piąta: dystrybucja. Zakup zasięgu w panelu reklamowym. To jedyna warstwa przypisana do konkretnego serwisu i właśnie dlatego najłatwiej wymienialna. Zmiana platformy wymaga jedynie innego kompletu kont z warstwy czwartej. Wszystko powyżej pozostaje bez zmian.

Warstwa szósta: wyciągnięcie pieniędzy. Strony docelowe, formularze, skrypty rozmów telefonicznych, polskojęzyczne call center. W 2025 roku CERT Polska odnotował blisko sto tysięcy domen wykorzystywanych w fałszywych ofertach inwestycyjnych, ponad dwukrotny wzrost rok do roku.

Warstwa siódma: rozliczenie. Rachunki przyjmujące i przekazujące środki, w znacznej części obsługiwane przez ludzi nieświadomych swojej roli.

Warstwy od pierwszej do czwartej działają tak samo, niezależnie od tego, po co powstał materiał. Nagrania, modele, uwiarygodnienie i konta reklamowe zachowują się identycznie, czy film prowadzi do fałszywej platformy, do formularza, czy donikąd. Wymiana warstwy szóstej, czyli celu całej operacji, nie wymaga ruszenia niczego powyżej.

Badacze firmy Bitdefender Labs, analizując 310 kampanii szkodliwych reklam między 9 lutego a 5 marca 2026 roku w co najmniej 25 państwach, opisali jeden zestaw narzędzi, domen i schematów reklamowych, z którego korzysta kilka różnych grup w różnych krajach. Polska odpowiadała w tym badaniu za 18–20% wszystkich udokumentowanych wyświetleń. Nie jesteśmy peryferią tej operacji. Jesteśmy jednym z jej głównych rynków.

Jedna linia produkcyjna

Twierdzenie o jednym zapleczu obsługującym wiele kampanii da się sprawdzić samodzielnie. Sprawdziliśmy je na materiale zarejestrowanym w czerwcu 2026 roku.

Seria wykorzystywała technikę nieopisaną dotąd w polskiej literaturze: okazanie dokumentu. Postać podnosi do kamery otwarty polski paszport i wskazuje na dane osobowe. Warstwa trzecia w działaniu.

Sama analiza dokumentów pokazuje więcej. Dwie różne tożsamości i dwa różne numery: ZE 8000199 oraz ZE 8000190. Ale u dołu każdego paszportu biegną dwie linijki drukowanego maszynowo kodu, który skanuje się na lotnisku. W obu dokumentach kod ten zawiera ten sam ciąg 00199, mimo że drugi paszport ma na stronie z danymi numer kończący się na 190. Twórca wygenerował drugi dokument z pliku pierwszego, podmienił nazwisko i zdjęcie, a kodu na dole nie poprawił.

Resztę wygenerował program. W polach dat stoją nazwy miesięcy nieistniejące w żadnym języku: „07 REEAUD 1975”, „10 CIREAN 2015”. Kod państwa zapisano jako PGL, choć linijkę wyżej, w tym samym dokumencie, widnieje poprawne POL. A w jednym z nagrań zdjęcie w paszporcie przedstawia kogoś innego niż osoba trzymająca ten paszport. Twarz podmieniono w kadrze i zapomniano podmienić w dokumencie.

Ten sam niepoprawiony kod w dwóch dokumentach dotyczących różnych osób jest twardym dowodem, że oba powstały na jednej linii produkcyjnej. Jest to przesłanka wiążąca kampanie, których nic innego nie łączy, ani nazwiska, ani treść, ani konto, z którego poszły. To także wskazanie, na jakim poziomie należy prowadzić monitoring nie treści, tylko śladów wytwórcy.

Warstwa czwarta była widoczna wprost: płatna reklama z konta zarejestrowanego w branży noclegowo-turystycznej, przy jednym do sześciu polubień. Ktoś zapłacił za dotarcie do tysięcy ludzi i nie wzbudził niczyjego zainteresowania.

Zostaje pytanie o materiał źródłowy. Ścianka sponsorska branżowego wydarzenia finansowego, wnętrze podcastowe z mikrofonem krawatowym, tło studyjne. Ktoś systematycznie zbierał nagrania z polskich wydarzeń finansowych. To nie jest szablon przetłumaczony z angielskiego. To zbiór budowany pod ten rynek, przez kogoś, kto wiedział, gdzie szukać.


V. Dlaczego system jest do wynajęcia?

Badacze Bitdefender Labs opisują jeden zestaw narzędzi, domen i schematów reklamowych, z którego korzysta kilka różnych grup, najprawdopodobniej udostępniany podmiotom działającym w różnych krajach.

To nie jest opis kampanii. To opis usługi.

Między właścicielem takiego zaplecza a tym, kto z niego korzysta, nie ma tożsamości. Jest umowa. Ktoś buduje i utrzymuje kanał. Ktoś inny go wynajmuje. Ci drudzy zmieniają się w czasie i nie muszą mieć ze sobą nic wspólnego.

Warstwa dostępowa jest równie dobrze udokumentowana. Na czarnym rynku wynajmuje się konta reklamowe pozwalające szybko, tanio i anonimowo prowadzić kampanie niezgodne z regulaminem platformy. W ofercie są konta skradzione użytkownikom i firmom, konta założone na fałszywe dokumenty tożsamości oraz, co najważniejsze, konta „stare”, z wyrobioną oceną.

Kupujący nie nabywa narzędzia. Nabywa dobrą opinię u platformy. Konto z dwuletnią historią płatności i czystą kartoteką przechodzi tam, gdzie świeżo założone zostaje zatrzymane.

Kanał sprzedaży jest jawny. Telegram odpowiada dziś za blisko jedną piątą zgłoszonych oszustw, ze wzrostem o 233% w 2025 roku; w Polsce to 18% zgłoszeń.

Z tego wynikają cztery przewagi, których żadna operacja budowana od zera nie osiągnie.

Przykrywka jest wbudowana. Operacja wpływu musi tłumaczyć, dlaczego istnieje. Sieć oszukańcza nie musi. Jeżeli zostanie wykryta, jest oszustwem, a oszustwo to w powszechnym odbiorze przestępczość pospolita. Wykrycie kończy się blokadą domen i notatką CERT-u, a nie postępowaniem kontrwywiadowczym.

Kanał jest wytrenowany na odbiorcy. Algorytm nauczył się, komu te materiały pokazywać, i nauczył się na najgorszym możliwym kryterium, bo kto kliknął w reklamę oszustwa, dostawał ich więcej. Powstała lista dystrybucyjna osób o udowodnionej podatności na przekaz o autorytecie, pilności i obietnicy. Dokładnie ta sama podatność, na której operuje dezinformacja kryzysowa.

Trop prowadzi donikąd. Rosyjskie ślady w zapleczu takich kampanii to codzienność zwykłej przestępczości. Jeśli więc pojawią się w kampanii politycznej, nikogo nie zaalarmują. Będą wyglądać jak zwykły przekręt. Przestępczość daje służbom obcego państwa to, czego te muszą zwykle szukać osobno gotową wymówkę.

Nic z tego nie wymaga współpracy. Nie trzeba nikogo werbować ani tłumaczyć, do czego to posłuży. Wystarczy być klientem. Operator sprzedający dostęp nie musi wiedzieć, komu sprzedaje, i z jego perspektywy lepiej, żeby nie wiedział.

Najlepsza infrastruktura operacji wpływu nie jest budowana przez służby. Jest kupowana od przestępców, którzy zbudowali ją dla pieniędzy, i zbudowali lepiej, bo mieli na to rynkowy bodziec, którego żadna instytucja państwowa nie ma.

Najemca nie musi przy tym niczego przebudowywać. Spreparowane nagranie prezesa NBP zachęcające do inwestycji i to samo nagranie z inną wypowiedzią kosztują tyle samo i powstają na tej samej linii produkcyjnej. Fałszywy artykuł imitujący polską redakcję, który dziś kończy się formularzem kontaktowym, jutro może kończyć się samą tezą. Zmienia się tekst do wygłoszenia i adres, pod który prowadzi link.

Naprawdę zmienia się tylko jedno i jest to jedyna rzecz widoczna z zewnątrz czyli miara sukcesu. Kampania oszukańcza liczy wpłaty i bezlitośnie kasuje materiały, które ich nie przynoszą. Kampania wpływu liczy zasięg i powtarzalność, więc utrzymuje przekaz nawet wtedy, gdy wyniki są słabe.


VI. Warunek, bez którego system nie zadziała

Można wypisać listę rozwiązań technicznych. Koordynator do spraw usług cyfrowych, obowiązek raportowania danych krajowych, tryb reakcji liczony w godzinach, kary ustawione powyżej korzyści z bezczynności. Wszystko to jest wykonalne i nic z tego nie wejdzie w życie, dopóki nie zostanie spełniony jeden warunek wstępny.

Sprawy tej nie da się rozstrzygnąć w ramach zwykłego sporu politycznego, ponieważ nie ma w niej strony, która byłaby bezpieczna. Aparat, o którym mowa, przetworzył już wizerunki urzędującego prezydenta, prezesa banku centralnego, prezesa spółki skarbu państwa, byłego premiera z jednego obozu i obecnego premiera z drugiego. Nie stosuje kryterium ideologicznego, bo nie ma powodu, by je stosować. Bierze każdego, kto ma zbudowaną wiarygodność.

Oznacza to, że w dniu kryzysu skompromitowana zostanie cała klasa polityczna naraz. Nie jedna partia, nie jeden obóz. Każdy, kogo twarz jest rozpoznawalna, wystąpi w materiale, którego nie nagrał, i każdy będzie musiał tłumaczyć, że to nie on. Nie ma tu wariantu, w którym jedna strona zyskuje kosztem drugiej. Jest wariant, w którym wszyscy tracą zdolność bycia wiarygodnym jednocześnie.

Z tego wynika, że reforma wymaga porozumienia ponad podziałami, obejmującego również Prezydenta RP, bo część rozwiązań wymaga ustawy, a ustawa wymaga podpisu. Zbudowanie takiego porozumienia jest trudne i będzie kosztować obie strony sceny politycznej ustępstwa. Alternatywą jest jednak sytuacja, w której nie ma czego bronić.

Osobno trzeba odnieść się do argumentu, który w tej dyskusji pojawi się natychmiast i który brzmi poważnie że nadzór nad platformami zagraża wolności słowa.

Argument ten jest wart uwagi, ale odwraca kolejność zagrożeń. Wolność słowa opiera się na założeniu, że wypowiedź da się przypisać mówiącemu. Kiedy dowolną osobę można wiarygodnie pokazać mówiącą dowolne zdanie, a koszt takiej operacji jest bliski zeru, założenie to przestaje obowiązywać, i to niezależnie od tego, co stanowi prawo. W momencie poważnego kryzysu państwo, które nie ma żadnego trybu reagowania, nie będzie broniło wolności słowa.

Będzie improwizowało pod presją godzin, a improwizacja pod presją oznacza rozwiązania nadmiarowe: żądania masowego blokowania, wyłączenia całych usług, regulacje pisane w tydzień.

Kto dziś odrzuca nadzór w imię wolności słowa, godzi się w praktyce na to, że w kryzysie zostanie ona zmieciona jednym rozporządzeniem, bez debaty. Wąski mechanizm ustanowiony teraz jest jedyną znaną metodą uniknięcia szerokiego (gorszego), ustanowionego później w panice.

Reszta jest kwestią techniczną i da się ją zapisać w kilka dni. Tylko że nikt jej nie zapisze, dopóki obie strony sceny politycznej będą liczyć, że ten problem dotyczy przeciwnika.

VII. Dlaczego to trwa

Odpowiedź wynika z dokumentów samej Mety, ujawnionych w serii śledczej Reutersa.

Około 10% przychodu spółki za 2024 rok, blisko 16 mld dolarów, miało pochodzić z reklam powiązanych z oszustwami i towarami zakazanymi, z czego około 3,5 mld dolarów co pół roku generowały reklamy podszywające się pod celebrytów i uznane marki. Reklamodawcę blokowano dopiero przy 95% pewności co do oszustwa; poniżej tego progu podnoszono mu stawki. Ustalono wewnętrzny limit 0,15% przychodu jako maksimum, z którego firma była gotowa zrezygnować w ramach ograniczania podejrzanych reklam. Odnotowano, że przychód z ryzykownych reklam niemal na pewno przewyższy koszt ewentualnej ugody regulacyjnej.

Meta kwestionuje wskaźnik 10% i podaje własny: 3–4%. Przyjmijmy wersję spółki. Wniosek się nie zmienia, bo nie dotyczy skali, tylko tego, jak ten system jest zbudowany:

W tym modelu kara nie jest sankcją. Kara jest pozycją kosztową, wliczoną w cenę.

Polskie sądy zaczęły to zmieniać. Wolniej, niż potrzeba, i tylko dlatego, że jeden pokrzywdzony miał środki i upór, żeby przez dwa lata procesować się z globalną korporacją.

Rafał Brzoska, założyciel InPostu, zawiadomił Metę o fałszywych reklamach wykorzystujących jego wizerunek w lipcu 2024 roku. Sprawa trafiła do Urzędu Ochrony Danych Osobowych, który nakazał spółce wstrzymanie na trzy miesiące emisji w Polsce reklam wykorzystujących jego dane i wizerunek. Meta zaskarżyła decyzje do sądów administracyjnych, po czym w marcu 2025 wycofała odwołania; postępowanie w warstwie nadzorczej toczy się przed regulatorem irlandzkim, właściwym dla spółki w Europie.

Równolegle biegła sprawa cywilna i to ona okazała się ważniejsza. W listopadzie 2024 Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał Mecie wyświetlania i przyjmowania spornych reklam pod rygorem kary za każde naruszenie. 27 marca 2026 Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał to zabezpieczenie w sprawie zainicjowanej przez Brzoskę i Omenę Mensah, odrzucając kluczowy element obrony spółki, powołanie się na status bezpiecznej przystani wynikający z DSA.

Precedens tkwi w uzasadnieniu. Sąd wskazał, że rola Mety nie ogranicza się do biernego hostingu, bo spółka decyduje o dopuszczeniu reklam, pobiera za ich wyświetlanie wynagrodzenie i sama wybiera, komu je pokazać. Kto wybiera, weryfikuje, kieruje i inkasuje, nie jest neutralnym pośrednikiem.

Zakres nadużyć w tej sprawie wykraczał przy tym daleko poza schemat inwestycyjny. Poza deepfake’ami zachęcającymi do korzystania z platform finansowych publikowano materiały o rzekomym pobiciu Omeny Mensah, jej śmierci i zatrzymaniu przez policję. W sierpniu 2026 pojawiła się kolejna fala, sponsorowany wpis sugerujący „tragiczny koniec” Brzoski oraz materiał przedstawiający go w kajdankach, w otoczeniu policjantów.

Ponad dwa lata od pierwszego zawiadomienia, po decyzji UODO, po prawomocnym zabezpieczeniu sądowym i po publicznym rozgłosie, te same twarze wracają w tym samym kanale. Jeżeli pokrzywdzony dysponujący zasobami prawnymi największego polskiego przedsiębiorcy, orzeczeniem sądu i uwagą mediów nie jest w stanie doprowadzić do trwałego usunięcia materiałów ze swoim wizerunkiem, to pytanie o reakcję w ciągu kilkunastu godzin kryzysu przestaje być pytaniem otwartym.

W opisach tej sprawy jako sporu korporacyjnego zwykle ginie jeden szczegół. Fałszywe materiały docierały do małoletnich dzieci pokrzywdzonego, które przesyłały mu je z pytaniem, co się dzieje. Tak wygląda przenikliwość tego kanału. Dociera wszędzie.


Broń bez właściciela

Zwykle zakładamy, że narzędzie wojny informacyjnej trzeba do kraju wprowadzić. Że ktoś je buduje u siebie, przerzuca przez granicę, uruchamia i kontroluje.

W Polsce nie było takiej potrzeby, bo takie narzędzie już tu jest. Zbudowali je przestępcy, dla pieniędzy, na miejscu, pod polski rynek. Sfinansowali je okradzeni Polacy.

Narzędzie zbudowane przez obce państwo ma właściciela, ma adres i ma po polskiej stronie służbę, która się nim zajmuje. To narzędzie nie ma nic z tych rzeczy. Nie ma właściciela, tylko wynajmujących, którzy się zmieniają. Nie ma adresu, tylko rynek. I nie ma nikogo, kto sprawdzałby, kto akurat za nie zapłacił.

Każdego dnia obniża wartość każdego komunikatu instytucji, pod którą się podszywa. Kiedy prezes banku centralnego po raz kolejny występuje w reklamie, której nigdy nie nagrał, traci nie tylko on. Traci każde jego przyszłe wystąpienie, łącznie z tym jedynym, które kiedyś naprawdę będzie miało znaczenie. Nie trzeba, żeby ktokolwiek dał się oszukać. Wystarczy, żeby nauczył się wahać.

Zdolność państwa do bycia wiarygodnym jest zasobem, który się zużywa. W Polsce zużywa się go systematycznie, na skalę przemysłową, dla zysku podmiotów przestępczych.

Tajwan wpisał to samo zjawisko do dokumentów wojskowych i nazwał je polem walki. Polska od trzech lat spiera się, czy nadzór nad platformami to nie cenzura.


Total
0
Share